Site Loader
Udało się!

Właśnie skończyłem pisanie postu którym mam się zamiar z Tobą przywitać. Z założenia ma to być takie wirtualne przybicie piątki lub, jak kto woli uścisk dłoni.
Dłuuugi czas zastanawiałem się czy pisać bloga o tematyce może nie tyle rodzicielskiej, ale po prostu ojcowskiej. Po szukaniu wielu „za i przeciw”, rozważaniu odniesienia porażki, obmyśleniu jak się będę czuł po napisaniu posta, jak zareaguje kolega/koleżanka z pracy, czy przez to wiatr mocniej zawieje czy słońce przestanie świecić, czy nagle pierd***ie deszczem … – a tak poważnie to decyzja była szybka i dość spontaniczna:)

Więc co to będzie za blog?

Będzie miejscem gdzie młody tato z Wrocławia (tak! my ojcowie zawsze będziemy młodzi) będzie dzielił się wrażeniami ze swoich potyczek z dwójką małych łobuzo-księżniczek. Zahaczę zapewne o tematykę związaną z żoną i podzielę się jak radzę sobie z jej fochami oraz gdzie ją później mogę zabrać, w ramach przeprosin :).

Odwiedzę te miejsca gdzie nas „dzieci poniosą” i rzetelnie podzielę się informacjami z tych wizyt w formie relacji na blogu. Całość będzie pisana i relacjonowana z punktu widzenia ojca a nie jakiegoś krytyka sztuki czy innych kulinariów. Będzie prosto, z sensem. Zawrę informacje które my, jako ojcowie, musimy wiedzieć na temat danego miejsca, a często nie można ich nigdzie znaleźć.

Ale przechodząc do sedna sprawy, przybliżę Ci trochę mojej historii.

Zacznijmy od miejsca gdzie to wszystko się zaczęło:
Było piękne słoneczne, bezchmurne popołudnie gdy… zapadła „szybka decyzja :)” o pierwszej córce. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że właśnie nadciąga do mnie największe szczęście, a wraz z nim zmartwienia, przerażenie, strach i odpowiedzialność w jednym.

Z kolejnymi centymetrami sześciennymi rosnącego brzucha żony zacząłem sobie uświadamiać, że właśnie z „tej” dziedziny życia nie wiem zupełnie nic. Coś co kiedyś wydawało się proste (bo przecież sam byłem dzieckiem) zaczęło nabierać zupełnie innych wymiarów. Wiedziałem, że przyjdzie mi się z tym zmierzyć, więc postanowiłem zrobić sobie mały trening przygotowawczy. Jak to na przyszłego ojca przystało – podwinąłem rękawy, otarłem czoło i … odpaliłem wyszukiwarkę żeby zapoznać się z „przeciwnikiem”.

Pierwsza bitwa się rozpoczęła. Okazała się jednak tą przegraną, ponieważ nie dość że nie znalazłem nic, co byłoby skierowane do męskiej części rodziny, to została na mnie skierowana cała kawaleria artykułów, wpisów o kupach, ulewaniach, płaczach, bólach – wszystko to wywody zaprawionych w boju mam. Czytelniczki wtórowały w komentarzach doradzając metody o jeszcze dziwniejszych nazwach. Ożesz ty, to nie dla mnie. Podziękowałem internetowi za „wielką pomoc” i z opuszczoną głową wyłączyłem maszynę która miała być moim sojusznikiem. Na tamten czas miałem dość.

Brzuszek rósł i rósł, zaczynał kopać a na horyzoncie pojawiło się drugie starcie – szkoła rodzenia. Stwierdziliśmy, że warto się tam wybrać i zobaczyć jak to wygląda od środka, szczególnie że do tej pory nie mieliśmy zbyt dużo dzieci i szans żeby je sobie „testowo” poprzebierać. Zawsze jak widziałem noworodka to byłem bardziej przerażony myślą trzymania go na rękach niż on sam otaczającym go światem.

Na zajęciach słuchałem, słuchałem i w sumie tylko słuchałem, bo za dużo nie rozumiałem. W sumie to nawet wydawało mi się, że kumam, ale podczas krótkiej wieczornej rozmowy z żoną „wspólnie” uświadomiliśmy mi, że jednak z kumaniem u mnie jest słabo.

Przyszła pora na część praktyczną.

Pani położna stwierdziła, że podczas gdy ja przebierałem moją małą plastikową księżniczkę z największą ostrożnością i dumą, to jej mała rączka pękła a nóżka złamała się w stawie kolanowym. Położna postanowiła mi wyjaśnić dokładnie co zrobiłbym dziecku, a ja poczułem się jakbym słuchał relacji o wynikach walki profesjonalnych zawodników MMA.

Z porażką wymalowaną na twarzy zerkałem jak nasz brzuszek ciągle rośnie i nie byłem taki pewien czy jego zawartość trafi w dobre ręce (mam na myśli swoje ręce). Jednak od tamtej pory poszło już błyskawicznie – kilka wizyt USG, dwa spotkania w szkole rodzenia i nagle usłyszane słowa żony, że jedziemy do szpitala.

Po wielu zawirowaniach natury emocjonalno-nerwowej, które na pewno Tobie opiszę, stoimy z fotelikiem samochodowym na środku salonu i zerkamy na siebie wymownie. Teraz wiemy, że tak naprawdę to właśnie tu wszystko się zaczyna. Tak, tu i teraz. Jeszcze kilka godzin temu myśleliśmy, że zbliżamy się do mety a okazało się, że dopiero podchodzimy na start.
Od tamtej pory pojawiło się wiele trudności, nerwów, strachu i radości. To był etap życia który pozostał już za nami, ale na pewno do niego wrócę. Teraz mamy dwie dziewczynki, – Oliwia 4 lata, Mają 2 lata, które robią w domu „niezły dym”, są pełne energii i życia, z dwoma zupełnie innymi charakterami. 

To jest ten moment kiedy stoję na starcie pisania tego bloga. Zdecydowałem podzielić się z Tobą doświadczeniami, moimi i mojej rodziny, zdobytymi przez te 4 lata, licząc, że będą one dla Ciebie pomocne.

Zapraszam Cię do czytania kolejnych wpisów, a co najważniejsze: uczestnicz w życiu tego bloga, doradzaj, dziel się doświadczeniami, bo jak zapewne wiesz z doświadczenia rodzica (bądź dopiero będziesz wiedział) „w kupie siła”!

Post Author: Wrojciec

2 Replies to “Witaj”

  1. Hej 🙂 Cieszę się, że tu ‚trafiłam’, bo podoba mi się Twój styl pisania 😉 i tematyka również. Chętnie się dowiem, jakie możliwości na wypady z dziećmi są we Wrocławiu, bo mamy względnie niedaleko 😉 Mama trzech dziewuszek ☺

  2. Bardzo miło słyszeć 😉 Pojawią się miejsca nie tylko z Wrocławia. Często nas nosi dalej lub bliżej Wrocławia i stamtąd również będę wrzucał co nieco 😉 Więc do zobaczenia na blogu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *